Eliza Szczukocka-Rodzeń to dwudziestodziewięcioletnia tarnobrzeżanka, obecnie mieszkająca w Krakowie, która już od najmłodszych lat interesowała się sportem. Początkowo jej pasją był taniec towarzyski, który trenowała kilkanaście lat w tarnobrzeskiej „Sambie”. I choć taniec po latach odszedł na dalszy plan, to miłość do sportu wciąż „rozpycha się” w jej życiu. Jej pasją dziś jest kulturystyka. Eliza pokazuje, że piękna kobieta to silna i zdrowa kobieta. Za sobą ma debiut wellness 2020. Co to za zawody? Jak wyglądają? Co udało się jej osiągnąć? O tym wszystkim Eliza opowiada w wywiadzie dla TVL.

TVL: Eliza, Twoją pierwszą pasją był taniec towarzyski.

Eliza Szczukocka-Rodzeń: Tak, to prawda. Taniec towarzyski był moją pierwszą pasją (nie licząc zbierania kamieni:)). Zaczęłam w wieku 6 lat i trenowałam aż do wyjazdu na studia, czyli dosyć długo. W tym czasie wydarzyło się sporo zarówno pozytywnych, jak i negatywnych rzeczy. Taniec sam w sobie zawsze dawał mi radość i myślę, że pozwolił mi się na swój sposób otworzyć. Byłam raczej nieśmiała i mało skoordynowana – tak, nie byłam orłem na wuefie. Mam też sporo pucharów i medali na pamiątkę tych czasów, zdobyłam również klasę B w obu tancznych stylach, czyli latynoamerykańkim i standardowym. Wiadomo, taniec ma też mroczną stronę, ale dzięki temu wzmocniłam swój charakter i teraz po latach doceniam te doświadczenia. Każde z nich kreowało powoli człowieka, jakim jestem obecnie.

TVL: Jak to się stało, że pasja do tańca zmieniła się w pasję do treningów?

Eliza: Wszystko zapoczątkował wyjazd na studia. Nowe miasto, nowi ludzie, a ja już wtedy byłam typem człowieka, który musiał robić „coś więcej”. Po doświadczeniach z tańcem towarzyskim wiedziałam, że nie chcę wchodzić w ten świat już nigdy, próbowałam więc hip-hopu i tańca współczesnego. Przez parę lat miałam naprawdę super grupę i przyjaciół, z którymi tańczyliśmy w teledyskach i na koncertach. Wszystko to dawało mi radość. Jak to jednak z biegiem lat bywa, ludzie się wykruszają, wyjeżdżają, a normalne życie wzywa. Mnie nie wezwało. Z grupą czy bez grupy chciałam i musiałam coś robić. Początkowo koleżanka wzięła mnie na siłownię i robiłam to, co ona: machanie nóżką do boku, jak każda początkująca dziewczyna, dlatego nigdy nie wyśmiewam niczyich początków, bo pamiętam swoje. Nie był to ten rodzaj zmęczenia, jakiego oczekiwałam. I wtedy odkryłam crossfit, zanim jeszcze w Polsce stał się popularny i tak kontrowersyjny. To był “zajazd” i “mord” jakiego oczekiwałam, do tego super ludzie i atmosfera. Czy to był mój ideał? Nie. Okazało się, że mam niezły potencjał siłowy do tego sportu, a co za tym szło, także do rozbudowy mięśni. A sylwetka kobiet w crossficie nie była moją wymarzoną. Musiałam pójść na kompromis i znaleźć taki rodzaj treningu, który pozwoli mi kształtować moje ciało jak plastelinę i jednocześnie będzie mocny. Tak połączyłam crossfit z kulturystyką.

TVL: Jak wyglądały pierwsze treningi kulturystyczne?

Eliza: Moje pierwsze treningi kulturystyczne odbywały się pod nadzorem jednej ze znanych trenerek w Polsce, nie lubię półśrodków, więc od razu połączyłam je z dietą wyliczoną co do grama. Bardzo szybko schudłam, ale treningi „kopiuj-wklej” i dieta typu ryż i kurczak po prostu mi się przejadły i stwierdziłam, że tak, to i ja sama mogę sobie poradzić. W międzyczasie kończyłam fizjoterapię na AWFie, dodatkowo, po latach tańca, miałam świadomość ciała – wiedziałam, że się nie zabiję (uśmiech). Trenowałam i szukałam takich ćwiczeń, jakie lubię, czyli dosyć ciężkich.

TVL: Codziennie trenujesz?

Eliza: Obecnie trenuję 5 razy w tygodniu siłowo i 7 razy w tygodniu robię rano cardio na czczo. Biegam w terenie lub kręcę na rowerku stacjonarnym.

TVL: I robisz to z uśmiechem na twarzy. Nie znam nikogo, kto z taką radością wstaje o 6:00 rano, żeby pobiegać. Skąd u Ciebie taka motywacja?

Eliza: Czasem sama się śmieję, że jestem na maksa pokręconym człowiekiem, skoro sobie to robię. Myślę, że z biegiem lat poukładałam w głowie wartości i wiem, czego chcę. Nikt mnie nie musi zmuszać do niczego, ani chwalić za to, co robię. Potrafię znaleźć przyjemność i radość w trudach mojego stylu życia i polubiłam każdy jego aspekt. Fajnie, że to widać.

TVL: Masz piękne, silne ciało. Czego od Ciebie wymagało? Systematyczności, cierpliwości?

Eliza: Przede wszystkim pokory i ciężkiej pracy. Przebyłam bardzo długą drogę w głowie od chęci bycia szczupłą jak inne dziewczynki (nigdy taka nie będę ze względu na genetykę) i polubienia się taką, jaką jestem. Doceniłam swoje mocne strony np. siłę i trenuję coraz mądrzej, i ciężej, bez poważnych kontuzji. Pilnuję diety, która teraz jest o wiele bogatsza i smaczniejsza. Nie oznacza to jednak, że nie liczę wszystkiego, co do grama, bo liczę. Jest taki moment, kiedy chcesz od swojego ciała więcej, ale bez dokładnej diety oraz dobrego planu treningowego, niczego więcej już nie osiągniesz. Wymaga to dobrej organizacji czasu na trening i posiłki, ale naprawdę warto. Nie tylko dla walorów wizualnych, ale także dla lepszego samopoczucia i zdrowia.

TVL: Masz za sobą debiuty wellness 2020. Opowiedz coś o tym turnieju, wydaje mi się, że jest on mało znany.

Eliza: Zawody kulturystyczne są dosyć popularne, ale fakt – kategoria wellness jest jedną z nowszych. Wymyślono ją głównie dla brazylijek, które ze względu na swoją genetykę (większe pośladki i uda) nie mogły rywalizować o wyższe miejsca w kategorii bikini fitness, która jest mniejszą kategorią dla najdrobniejszych dziewczyn. W Polsce mamy naszą trzykrotną mistrzynię świata w wellness – Dagmarę Dominiczak.

TVL: Kiedy postanowiłaś sprawdzić się i zgłosić do udziału w tej kategorii?

Eliza: Chciałam się w tym sprawdzić już od momentu, kiedy weszłam na siłownię po raz pierwszy. Od czasów pierwszej trenerki. Zniechęciła mnie jednak jej opinia, że się do tego nie nadaję, a jak już mówiłam, bez dobrych proporcji daleko się w tym sporcie nie zajdzie. Trenowałam więc tylko dla siebie, dla przyjemności, aż znalazłam w zeszłym roku Pawła, mojego obecnego trenera. Gdzieś tam w głowie tliło mi się marzenie zawodów, ale jak mam być szczera, to poszłam do niego, bo widziałam, że daje dobre jedzenie (śmiech), a ja muszę dobrze zjeść! Zaznaczyłam, że jak kiedyś uzna, że moja forma będzie miała szansę na zawodach, to ja chętnie wezmę w nich udział. Paweł, w zasadzie po paru miesiącach, zapytał, czy bym nie wyszła JUŻ. Nie wahałam się, na co tu czekać? Po to jest właśnie trener – żeby obiektywnie nas ocenił, bo jak wiadomo, my nigdy tacy wobec siebie samych nie będziemy. Dodatkowo okazało się, że lubimy podobny rodzaj treningu, a z charakteru Paweł jest wymagający, dokładny i sarkastyczny, a ja takich ludzi uwielbiam.

TVL: Jak wygląda taki turniej? Były jakieś konkurencje, etapy?

Eliza: Zawody, w porównaniu do tanecznych, są proste. Mamy bloki startowe, kategorie, podziały wzrostowe. Jeśli jest dużo zawodniczek (w wellness zwykle nie, chyba, że to już mistrzostwa itp.) mamy finały, półfinały… Obowiązuje strój startowy i obuwie według przepisów, czyli bikini i szpilki. Dana kategoria staje w rzędzie przed jury i ma zaprezentować cztery obowiązkowe pozy (przód, tył i dwa boki). Jury ocenia symetrię, umięśnienie, proporcje ciała oraz porównuje zawodniczki względem siebie. Czasem trzymają nas w pozach specjalnie długo – a tam każdy mięsień ma być napięty bez widocznego wysiłku na twarzy. W finale dodatkowo każda zawodniczka ma wyjście indywidualne – I-walk – w którym pokazuje swoje najmocniejsze strony. Jest to dość subiektywny sport, bo raz dana zawodniczka może być pierwsza, a na innych zawodach ostatnia – decyduje jury.

archiwum prywatne Elizy Szczukockiej-Rodzeń

archiwum prywatne Elizy Szczukockiej-Rodzeń

archiwum prywatne Elizy Szczukockiej-Rodzeń
Eliza Szczukocka-Rodzeń z mistrzynią świata w wellness, Dagmarą Dominiczak, archiwum prywatne Elizy Szczukockiej-Rodzeń

TVL: Jaki osiągnęłaś wynik i czy był on dla Ciebie satysfakcjonujący?

Eliza: Na moim debiucie w wellness osiągnęłam najlepsze, najbardziej motywujące miejsce – drugie. Jestem z niego zadowolona, w zasadzie z każdego bym była, ponieważ na nic nie liczyłam. Chciałam się sprawdzić i jednocześnie dobrze bawić, tak też było.

TVL: Czy jakieś umiejętności z tańca towarzyskiego przydały Ci się podczas tego turnieju? Np. prezencja? Czy to są jednak dwie zupełnie oddzielne dziedziny?

Eliza: Ależ tak! Wszystkie style, które tańczyłam, sprawiły, że dziś w ogóle nie stresują mnie ani scena, ani światła, ani ludzie – umiem się tym zmotywować i bawić. Dodatkowo nie spinam się i nie stresuję, co niestety widać po niektórych zawodniczkach. Kiedy tańczyłam, musiałam wejść na parkiet, zatańczyć i to trudne choreografie, a potem zejść. Tu muszę tylko wejść i zejść. Świadomość ciała w przestrzeni też bardzo pomaga, musimy mieć w pozach wszystko równo, zawodniczki szlifują pozowanie godzinami na sali, ja mam łatwiej. Taniec towarzyski natomiast nauczył mnie kobiecości i jak chodzić w szpilkach (uśmiech).

TVL: Na co dzień trenujesz też innych. Żartobliwie mówiąc „spuszczasz im niezły łomot”, ale mimo to wyglądają na szczęśliwych. Nie masz dla nich litości?

Eliza: Mam i nie mam jednocześnie. Dobry trener musi być trochę sadystą, a podopieczny musi mieć coś z masochisty, skoro mu na to pozwala (śmiech). Prawda jest taka, że to rolą trenera jest dobrać trening adekwatny do możliwości podopiecznego tak, aby niwelować jego słabe strony, osiągać cele, ale i nie zrazić na początku. Trzeba to robić stopniowo. Początkowo ludzie przychodzą zwykle z obowiązku lub gdy coś boli. Dopiero potem pojawiają się, ponieważ naprawdę to lubią i dostrzegają efekty. Mam ten dar, że umiem wyczuć granicę człowieka, a nawet dyspozycyjność dnia (zwłaszcza u kobiet) i wyciągam z moich podopiecznych maksimum możliwości w granicach ich tolerancji. Być może stąd to wrażenie, że umierają na moich treningach, ale zapewniam, że jest fajnie i dobrze się bawią (uśmiech).

TVL: Jakie są Twoje cele/zamierzenia związane z pasją?

Eliza: Obecnie oczywistym celem jest dla mnie rozwijanie się w mojej branży i dokształcanie, na które, w czasie pandemii, jest sporo czasu i możliwości. Jestem na tak zwanym „off seasonie” i cały czas trenuję, aby za rok, dwa, może wcześniej, wyjść z lepszą formą i móc powalczyć o fajne miejsca, które mnie usatysfakcjonują i pozwiedzać trochę świat. A kto wie, o co wtedy uda się zawalczyć?

TVL: Dziękujemy za rozmowę i życzymy powodzenia, siły i osiągnięcia wszystkich wyznaczonych celów.

Eliza: Również bardzo dziękuję.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

two + 18 =